Na arenie europejskiej…

in Conflicts · Crisis · Economics · Euroskepticism · GERMANY · Nation · Politics · POLSKA · Power · World 2 views
          
65% посетителей прочитало эту публикацию

GEOMETR.IT  gazetaprawna.pl/a  03.02.2016

Nie potrafimy dokonać samooceny bez porównania z Berlinem czy Paryżem. To zamknięte koło i dlatego też tkwimy na peryferiach, także mentalnych. Pozostaniemy tam, dopóki nie nauczymy się definiować siebie przez własne oczekiwania i osiągnięcia, bez oglądania się na metropolie.

Wstydzi się pan, że po raz pierwszy, właśnie wobec nas, UE wszczęła procedurę ochrony praworządności?

To Niemcy i Francuzi winni się wstydzić za notoryczne łamanie paktu stabilności i rozwoju, kiedy np. potrzebowali złagodzić dolegliwości reform gospodarczych. A potem brutalnie narzucili przestrzeganie tego paktu Grecji, gdy ta próbowała wyrwać się z zapaści. To każe zadać fundamentalne pytanie: czy Unia Europejska jest wspólnotą równych zasad dla wszystkich, czy też wspólnotą równych i równiejszych?

„Polska jest specjalistą w robieniu złego wrażenia na arenie europejskiej” – powiedziała w tym kontekście Zuzanna Dąbrowska, dziennikarka Polskiego Radia. Rzeczywiście?

Operowanie kategorią wstydu do dyscyplinowania innych jest typowym narzędziem używanym przez inteligencję. W ogóle kreowanie autowizerunku –tego, jak o sobie myślimy – i narzucanie pewnego wizerunku innym to nie tylko potrzeba uwarunkowana biologicznie, lecz i narzędzie manipulacji. Politycy dziś – a czarownicy czy szamani w społeczeństwach dawniejszych – dobrze znają ten mechanizm i chętnie się nim posługują.

Ktoś – dla jakichś własnych celów – narzuca nam sposób, w jaki o sobie myślimy?

Oczywiście. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wizerunek nie jest sprawą obiektywnie istniejącą. Rzeczywistość społeczna nie jest zjawiskiem fizycznym, jak np. ciepło i zimno: ktoś nam musi opisać świat społeczny, opowiedzieć go, byśmy wiedzieli, co o nim – a również o nas samych – myśleć.

I to otwiera ogromne pole do tworzenia rozjazdu między tym, co naprawdę jest, co naprawdę się dzieje, a tym, jak o tym będziemy myśleć. To pokusa stara jak świat, bo temu przecież służą ideologie i religie. W Polsce hegemonię symboliczną – i nie tylko – sprawuje inteligencja. Jeżeli więc zawstydza inną grupę – zachowujecie się nieładnie, prostacko, nieeuropejsko – to ma w tym jakiś cel.

Pierwsze słyszę. Wszyscy wiedzą, że prawdziwej inteligencji nie ma. Zginęła w Powstaniu Warszawskim, została wystrzelana w Katyniu, a jej niedobitki zamęczono w katowniach UB. A PiS wygrywa dlatego, że Polacy są kartoflani i nie wierzą wykształconym ekspertom.

Inteligencja to grupa, której podstawowym mitem jest to, że wymiera. Zanim się jeszcze na dobre ukształtowała w XIX w., to już wymierała. I tak od 200 lat. Jednym z rytuałów inteligenckości jest totemiczny kult „ostatniego wielkiego inteligenta”.

Głoszą go ci, którzy na inteligenckiej hierarchii wartości chcą się wywyższyć. To oni mają monopol na ostatni wywiad, ostatnie słowa lub przynajmniej napisanie nekrologu tego ostatniego, który wiedział, co w świecie jest naprawdę ważne.

To też rodzaj manipulacji symbolicznej, która grupie sprawującej rząd dusz pozwala na skuteczne wykluczanie z pola wpływu i władzy tych, którzy do niej nie należą i nie podzielają jej systemu wartości. Wystarczy wskazać ich jako hołotę, ludzi nierozgarniętych, nierozumiejących tego, co ważne. Zawstydzić, by zminimalizować ich możliwość działania.

Wróćmy na chwilę do inteligencji. Powiedzmy, że nie wyginęła. Że jeszcze gdzieś w niszach ekologicznych przetrwała. Ale nie wmówi mi mi pan, że jest grupą dominującą.

Ależ jest. Idealnym Polakiem, którego ma wychować nasza szkoła, jest inteligent. Kanon wiedzy szkolnej to kanon wiedzy inteligenckiej. Mamy w Polsce hegemonię kulturową inteligencji. Przyjęliśmy sobie ją wręcz jako mit założycielski. W Stanach Zjednoczonych takim mitem jest demokracja: to, co jest niezgodne z wolą ludzi, jest złe – z poprawką na ochronę praw mniejszości.

Tam ubiorem narodowym eksportowanym na cały świat są dżinsy – spodnie robocze farmerów i robotników. U nas robotnicy nadwyżkę gotówki wydawali na garnitur. Bo pielęgnujemy inny mit: oświecona inteligencja wie lepiej, a to, co jest niezgodne z wartościami inteligenckimi, jest złe.

Poproszę o przykład.

…Szlachta sama je sobie wymyślała. Ale w demokracji już takiego bezhołowia być nie może. Dziś więc państwowa biurokracja, jak za panowania francuskich Ludwików, zatwierdza herby. Zatem od ponad 15 lat żaden kmiotek dla swojej wsi czy miasteczka nie narysuje herbu bez zgody komisji, za to każdy zgodnie z rozporządzeniem ma obowiązek płacić na jaśniepańskie zabawy w heraldyków. W Polsce nie możesz nawet nazwać własnego dziecka, jak chcesz. Państwo ogłosiło oficjalną listę dopuszczalnych imion, o której decydują mędrcy z Rady Języka Polskiego.

Ale możemy się przynajmniej szczycić, że była pierwszą, jaką naród dla siebie przyjął.

Naród? Polski? Jeszcze do II wojny światowej na wielu obszarach II RP ludzie nie mówili o sobie, że są Polakami, lecz że są tutejsi. W XVIII w. narodem była szlachta – te kilkanaście procent ludności.

Reszta – to byli obcy przybysze tolerowani w miastach albo włościanie uznawani za bydło pociągowe. To się zmieniło, gdy szlachta z inteligencją zorientowały się, że bez unarodowienia tej siły roboczej, bez wmówienia jej, że Polska jest także dla niej wartością, nigdy nie uda się wybić na niepodległość.

Wracam do zawstydzania narodu. W ostatnich tygodniach czołówki polskich audycji informacyjnych i gazet pełne są doniesień, jak zachodnie media postrzegają polityczną zmianę w Polsce. Czy Francuzi, Hiszpanie, Irlandczycy podobnie przeżywają to, jak są odbierani na zewnątrz?

Nie sądzę. I tak dochodzimy do sedna rozmowy o autowizerunku: do różnicy między peryferium a metropolią. Peryferium nie potrafi samo siebie określić bez odniesienia do metropolii.

A przecież my nie potrafimy dokonać samooceny bez porównania z Berlinem czy Paryżem. Chcieliśmy się umówić na rozmowę na warszawskim placu Inwalidów – proszę zwrócić uwagę, że nadanie temu skwerowi tej nazwy było zachowaniem peryferyjnym.

  • Przed wojną wytyczyliśmy malowniczy plac i uznaliśmy, że jak nazwiemy go po parysku, bo tam jest Les Invalides, to będzie europejsko i nowocześnie. Małpowanie fragmentu kultury francuskiej wydawało nam się ciekawsze niż wymyślenie własnego.
  • Wszystkie społeczeństwa się między sobą porównują i inspirują – i to jest normalne. Pytanie, jak to robią. Peryferyjne – takie, jak nasze – nie potrafią opowiedzieć własnej historii bez odnoszenia się do wartości innych.
  • Sukces: jesteśmy lepsi! Wstyd: jesteśmy gorsi! A wszystko w referencji do metropolii. To jest zamknięte koło i dlatego też tkwimy na peryferiach. I nie tylko gospodarczych, chodzi też o peryferium mentalne, z którego nie wyjdziemy, dopóki nie nauczymy się definiować przez samych siebie.
  • Przez własne oczekiwania i własne osiągnięcia, bez oglądania się na metropolie. Ale to tylko część problemu: to, jak postrzegamy sami siebie. Drugim problemem jest to, w jaki wizerunek jesteśmy ubierani przez innych. W samej Polsce konflikt klasowy kreuje podział na tych światłych, wykształconych europejskich, i tych drugich: cebularzy, wąsatych Januszy Europy. To samo dzieje się w perspektywie międzynarodowej. I ma swoje bardzo czytelne konsekwencje.

Na przykład?

Podczas rekordowych upałów w zeszłym roku zdarzyła się nagonka na Polskę w zagranicznych mediach: bo władze muzeum Auschwitz ustawiły dla turystów kurtynę wodną. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że po angielsku takie urządzenie nazywa się shower curtain. A w Auschwitz zanim gazowano więźniów, to sugerowano im, że idą pod prysznice.

W wielu gazetach na świecie zaczęła się dyskusja o braku wrażliwości Polaków czy wręcz o naszym antysemityzmie. Mija kilka miesięcy, wzbiera fala uchodźców do Europy. Niemcy część z nich umieszczają w budynkach po obozie koncentracyjnym w Dachau. I co? I nic. „Trzeba zrozumieć”, „sytuacja jest trudna”, do cytatów w tych samych mediach znajdują się uchodźcy, którzy mówią: „Wiemy, co tu było, ale nam się tu dobrze mieszka”. Nikt niemieckiej administracji nie próbował potępiać.

Paweł Dobrowolski ekonomista, ekspert Instytutu Sobieskiego, prezes zarządu Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju w latach 2011–2013, po godzinach strażak OSP

http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/920230,polska-wasaci-janusze-europy.html

GEOMETR.IT

Südtirol – ein Muster für Gagausien

Одесса. Это что за Боровик лезет к нам на броневик?

Moldova. Посол в Австрии и кишиневская Мата Хари

1 — Teoria świata kontrpolarnego

…na śmietnik historii

5 Comments

  1. Naród? Polski? Jeszcze do II wojny światowej na wielu obszarach II RP ludzie nie mówili o sobie, że są Polakami, lecz że są tutejsi. W XVIII w. narodem była szlachta – te kilkanaście procent ludności.

  2. Fajna, mądra rozmowa. Szkoda, że w tv i radiu wciąż te same od lat «gadające głowy». Większość z nich już posiwiała i wyłysiała — ale przez lata brylowania w mediach nie zmądrzała. Czas na zmianę pokoleniową i spojrzeniem na świat oczami młodszego pokolenia. Mam nadzieję, że pan Paweł Dobrowolski pojawi się w publicznych mediach.

  3. ja się nawet zgodzę z tym tekstem, problem polega na tym że to w dużej mierze dotyczy kapitalizmu i neoliberalnych ekonomistów, a Dobrowolski jest sam przykładem na to co mówi 🙂 Wykształcony na MIT w USA, prezes fundacji założonej przez Balcerowicza, który kiedyś uznał, że Polakom trzeba narzucić terapię szokową bo neoliberalni ekonomiści wiedzą lepiej niż ciemny lud co jest dobre a co złe (np jaka powinna byc wysokośc podatków dla bogatych i ile powinno być tzw. «socjalu»)

  4. Plan Balcerowicza nie miał nic wspólnego z programem Solidarności w imieniu której rzekomo był wprowadzany a wprowadzono go w znanym ostatnio stylu.

Добавить комментарий

Your email address will not be published.

Latest from

Go to Top