Tag archive

Witold Jurasz   mają wspólnego Donald Trump

1 — Teoria (braku) gier

in Conflicts 2017 · Nation 2017 · PL · Politics 2017 · Power 2017 · Skepticism 2017 11 views / 5 comments

GEOMETR.IT  oaspl.org/

 

Witold Jurasz

Co mają wspólnego Donald Trump i Aleksander Łukaszenka? Wydawałoby się, że nic. A jednak, jeśli przyjrzeć się naszemu polskiemu stosunkowi do nich, to niechybnie okaże się, że w owym stosunku – jak w soczewce – zobaczyć można do jakiego stopnia nie umiemy myśleć politycznie.

Wieloletni premier Wielkiej Brytanii  Henry Temple powiedział kiedyś słynne słowa (przypisywane potem nieraz błędnie W. Churchillowi):

* „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. O tym jak daleko jesteśmy od takiego ideału Realpolitik jest poniższy esej.

Oto w Stanach Zjednoczonych na prezydenta USA wybrany zostaje Donald Trump. Wiele jego wypowiedzi wskazuje na chęć porozumienia się, naszym kosztem, z Rosją i budowy koncertu mocarstw, tj. systemu, który niejako z natury oznacza uprzedmiotowienie mniejszych i średnich państw. W tym również Polski. Mimo to liczni są w naszym kraju Ci, którzy witają wybór Trumpa z entuzjazmem.

Prezydent – elekt to podobno bowiem młot na „lewactwo” i  na „homolobby”. To rzekomo remedium na banksterów i na Wall Street – słowem odpowiedź na choroby kapitalizmu, które ujawniły się po Zimnej Wojnie.

Nic to, że mało z zapowiedzi Donalda Trumpa się zapewne ziści, a sam prezydent-elekt już teraz zapowiada, że nie ma nic przeciwko prawnej dopuszczalności małżeństw homoseksualnych (inna sprawa, że po decyzji Sądu Najwyższego USA i tak niewiele mógłby w tej sprawie uczynić). Nie o brak umiejętności rozróżniania PR i realnej treści polityki jednak w tym eseju chodzi. Problem jest bowiem dużo głębszy. Wyrażałem obawy i niezadowolenie z wybory Trumpa.

Równocześnie, gdy zastanowię się nad tym, na kogo – gdybym był obywatelem Stanów Zjednoczonych – bym głosował, to nie wykluczam, iż oddałbym swój głos na Trumpa właśnie. Czy jest w tym sprzeczność? Nie ma żadnej. Krytycyzm wyrażam bowiem jako Polak i jako analityk zajmujący się polityką międzynarodową. Usiłując wczuć się w stan ducha Amerykanina dostrzegam nieuczciwość Hillary Clinton, rosnące od lat dysproporcje dochodów czy też egoizm  wielkiego kapitału.

Pewnie Donald Trump żadnego z tych problemów nie rozwiąże, wszak jest buntownikiem z samego serca systemu, ale wiem, że  w wyborach nie zawsze głosuje się słuchając głosu rozumu i często podąża się za głosem serca. Serce mogłoby mi podpowiedzieć, iż lepszym kandydatem jest Donald Trump. Nie jestem jednak Amerykaninem, a Polakiem i wszystko to, co przemawia przeciw Hillary Clinton nie ma dla mnie tym samym jakiegokolwiek znaczenia. Nie ma, gdyż nie dotyczy podstawowych interesów  narodowych RP. Na rzecz tym samym patrzę beznamiętnie. Nie analizuję wyborów w USA w kategoriach dobra i zła, słuszności lub błędu, a błędy, grzechy i zaniechania małżeństwa Clintonów nie mają dla mnie znaczenia. Interesuje mnie wyłącznie polski interes narodowy.

Powyższe pozwala mi stwierdzić, że dziś dla Polski lepszym wyborem byłaby Hillary Clinton. „Dziś”, bowiem tam gdzie liczą się interesy, „nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów”. Być może jutro Donald Trump okaże się dobrym dla nas prezydentem. Dziś jednak nic, albo w każdym razie niewiele na to wskazuje. Mój stosunek do prezydenta USA jest  z założenia zmienną.

Analizując  w kategorii interesu mam ten komfort i pole manewru. Analizując w kategoriach dobra i zła tego komfortu bym się pozbawił.  Warto pamiętać o tym, że podchodząc do spraw naszej Ojczyzny i stosując do analizy kategorie dobra i zła, które w polityce są czymś, co dobrze brzmi, ale co niemal nigdy nie jest dobry narzędziem jej uprawiania stajemy się zakładnikami powziętych w moralnym odruchu aksjomatów. Polityka i aksjomaty są sprzeczne z racji samej swej istoty. Polityka zawsze jest bowiem zmienną.

*Treścią polityki – owszem – jest spór wartości z interesami. Nie wolno jej sprowadzać do samych interesów, ale tam gdzie rzecz dotyczy Ojczyzny nie należy, a gdy konflikt przekonań i interesów Ojczyzny staje się wyraźny, nie wolno przedkładać własnych poglądów nad interesy narodowe.

Trzeba skądinąd doprawdy wielkiej dozy pychy, by myśląc o własnej Ojczyźnie jej interesy stawiać na drugim miejscu za swoimi przekonaniami. Niestety nie brak w Polsce „patriotów”, którzy dokładnie tak czynią. Kilka dni temu dziennikarz Rzeczpospolitej Filip Memches w publicznej (a wiec takiej, którą mogę zacytować) dyskusji ze mną dotyczącej Jego zadowolenia z wybory Donalda Trumpa na moją ironiczną uwagę, że „dla niektórych religia jest przed interesami Polski” odparł „to prawda, Bóg jest ważniejszy niż Polska”.

Szanując z jednej strony konsekwencję muszę równocześnie skonstatować, że skoro tak to pojęcie „siły patriotyczne” należałoby do tej części prawicy, do której zalicza się red. Memches (Tomasz Terlikowski i wielu innych) stosować z daleko posuniętą ostrożnością. Jeśli ktoś cieszy się  z wyboru kogoś, kogo tak jawnie popierał zagrażający nam reżim na Kremlu to aberracja byłaby bowiem za słabym zarzutem. W mojej ocenie nikt, dla kogo Polska jest na drugim miejscu nie zasługuje na miano patrioty. I nie ma znaczenia, czy na pierwszym jest Bóg, czy brukselski bożek. Patriota to ten, kto wierząc w to, w co najgłębiej nawet wierzy, gdy rzecz przychodzi do rozmowy o Polsce, ją stawia na pierwszym miejscu.

Wiele lat temu jeden z ówczesnych kandydatów białoruskiej opozycji – skądinąd dzisiaj mój serdeczny przyjaciel – powiedział mi, że jestem przyjacielem Białorusi. Odparłem, że nie jestem. Jeśli w interesie mojego kraju byłoby szkodzenie Białorusi aktywnie bym to czynił. Uważałem i uważam, ze interes Polski polega na wspieraniu Białorusi, więc rzeczywiście miałem do niej pozytywny stosunek, ale nie czyniło to ze mnie jej przyjaciela.

Uważałem i uważam, że władze w Mińsku nie mają alternatywy, więc byłem za dialogiem z nimi, ale również i tu nie byłem przyjacielem. Opozycję ceniłem za odwagę, ale była mi równie moralnie obojętna jak i władza. Do analizy nie stosowałem bowiem kategorii moralnych.  To skądinąd powodowało napięcie pomiędzy mną, a moimi przełożonymi. Nasz polski stosunek do prezydenta Białorusi jest skądinąd zadziwiająco podobny do stosunku do Donalda Trupma. Powinien być bowiem zmienną, a stał się stałą. A. Łukaszenka zapewne kiedyś, z naszego punktu widzenia, nie był dobrym prezydentem Białorusi. Później stał się jednak najlepszym jaki może być. Polska tymczasem uznała go za złego (w kategoriach dobro / zło z racji na prawa człowieka, a nie w wyniku chłodnej analizy). Takie podejście nie pozwoliło nam nigdy na podjęcie gry.

Grać bowiem można tylko jeśli uznamy, że poruszamy się pomiędzy zmiennymi (interesami), a nie realizując dobro. Dobro to bowiem constans, interesy są zmienną. Jak to się ma to „wiecznych interesów”?. Czy interesy mogą być wieczne, a zarazem być zmienną? W sensie najbardziej generalnym interes narodowy jest niezmienny. W wymiarze operacyjnym stały już jednak nie jest. Z tej też racji dyplomacja nic innego jak gra, czy też wymiana, handel, wybór optymalnego (a nie dobrego, moralnego) scenariusza, to gra o wynik lepszy od drugiego gorszego, choćby ten lepszy też nie był wcale dobry.

https://oaspl.org/2016/11/17/teoria-braku-gier-czyli-o-tym-ze-jako-narod-nie-umiemy-myslec-politycznie/

GEOMETR.IT

 

Go to Top